d czego zaczynam przygotowania mojego auta do zimy? Od porządków! Najpierw rzecz banalna, czyli spojrzenie na zawartość bagażnika. Co ma być zawsze pod ręką? Koło zapasowe – sprawne i odpowiednio napompowane, klucz do kół oraz podnośnik! To absolutne minimum, bo nie chciałbym być w skórze pechowca, który złapie gumę na mrozie i nie będzie mógł go zmienić. Wyrzucam niepotrzebne graty – zapomnianą z wakacji wędkę, klapki żony i zestaw do gry w badmintona. Nie dość, że podnoszą masę samochodu (co ma naprawdę wpływ na zużycie paliwa), to jeszcze zabierają miejsce na rzeczy naprawdę potrzebne: małą łopatę, koc, skrobaczkę do szyb (karta kredytowa się do tego nie nadaje!), dodatkową latarkę i łańcuchy (lub tzw. skarpetki, czyli osłony z tkaniny na koła, które zastępują klasyczne łańcuchy). Do bagażnika zabrałbym jeszcze ogrzewacze chemiczne (do kupienia w sklepach sportowych; gdy trzeba będzie zrobić coś z samochodem na zimnie, pomogą przetrwać chłód) i ciepłe, wyższe buty. To wyposażenie – dodam od razu – dla ludzi nie tylko jeżdżących w trasy. W mieście, zwłaszcza po zmroku i gdy jest się nieco dalej od centrum, na pomoc też trzeba trochę poczekać. Wtedy moje „gadżety” nabierają sensu – sami przyznacie.

Na co zwrócić uwagę, gdy wyruszamy do serwisu przed zimą? Wymiana opon na zimowe to chyba oczywista oczywistość. Wprawdzie klimat się ocieplił i śniegu właściwie w miastach nie widujemy, opony z zimowym bieżnikiem dają jednak zdecydowanie większą pewność za kółkiem. „Zimówki” – dzięki składowi, który sprawia, że opona zachowuje elastyczność przy niskich temperaturach i bieżnik ma lepszą przyczepność – skracają dystans hamowania i poprawiają tzw. kierowalność na zakrętach.

W serwisie na pewno warto sprawdzić stan hamulców i szczelność układu chłodzenia (wycieki nigdy nie są mile widziane), przyjrzeć się uszczelkom w drzwiach (mogą przymarznąć, trzeba je zabezpieczyć specjalnym preparatem dostępnym np. na stacjach), akumulatorowi (średnia żywotność „baterii” to 4-5 lat, później jej pojemność radykalnie spada) i zawieszeniu (trzeba to wprawdzie robić nie tylko zimą, ale uwaga jest na miejscu – na mrozie wszelkie luzy na pewno się pogłębią), sprawdzić lub wymienić olej (nawet gdy przebiegi nieduże, olej chłonie wilgoć – na mrozie gęstnieje i teoretycznie może zamarznąć), a także zadbać o wycieraczki (nowe pióra kosztują ledwie kilkadziesiąt złotych) i stan układu paliwowego. Jak? Na stacjach można kupić środki uzdatniające paliwo (wiążą i usuwają wodę, a w przypadku diesli – sprawiają, że w chłodzie z oleju napędowego później zaczyna się oddzielać parafina zatykająca filtr i przewody paliwowe). W przypadku samochodów starszej generacji zalecam pełne czyszczenie zbiornika raz na 3-4 lata – na dnie jest na pewno sporo zanieczyszczeń. Kosztuje to kilkaset złotych, ale pewność przy odpalaniu na mrozie, że nic nam się akurat nie zatka, jest bezcenna.

Na koniec przypominam, że warto odgrzybić i oczyścić klimatyzację (zimą nie tyle chłodzi, co suszy nam wnętrze kabiny), wymienić filtr przeciwpyłkowy (może się „zatkać”, bo go zbyt rzadko wymienialiśmy, co zwykle utrudnia usuwanie wilgoci) oraz – co powinni zrobić kierowcy jeżdżący autami wysokoprężnymi z filtrami cząstek stałych – przepalić je przed zimą. Jak? Sięgamy do instrukcji obsługi i czytamy. O ile pamiętam wystarczy raz na jakiś czas przejechać kilkanaście kilometrów rozgrzanym autem na wysokim biegu i ze stałą prędkością ok. 120 km/h. Filtr powinien zacząć działać poprawnie. Jeśli nie zacznie, czeka nas wizyta w serwisie. I nie warto tego odkładać w czasie, bo od zimy nie... uciekniemy.