zisiaj musicie mieć crossovera. Albo hot hatcha. Ewentualnie sportbacka, shooting brake’a albo przynajmniej pospolitego SUV-a. SUV to dziś takie absolutne, społeczne minimum. Zauważyliście jaką metamorfozę przeszły w ostatnich latach samochody dla ludzi, którzy samochodami niespecjalnie się interesują? W latach 90-tych będąc motoryzacyjnym ignorantem mieliście do wyboru sporo bardzo podobnych do siebie opcji – na przykład Opla Astrę, który był równie emocjonujący co wewnętrzna strona moich spodni. Mogliście zdecydować się też na Golfa, czyli samochodowy odpowiednik operacji usuwania żylaków odbytu, albo na sprzedawaną na litry pojemności bagażnika Almerę. Co więcej, jeśli należeliście do grupy osób, które seks uprawiają tylko w rocznicę ślubu, a pod choinkę dają dzieciom skarpetki w ośmiopaku, mogliście kupić jeszcze Hyundaia Pony, Corollę i całą masę innych, ortalionowych modeli. Mogliście wybierać spośród wielu smutnych aut, które były po prostu bardziej bądź mniej awaryjnymi substytutami autobusu – bez doklejanej na siłę filozofii o posiadaniu brody i lataniu motolotnią po górach Nowej Zelandii.

Te auta były jak średniego wzrostu brunet w średnim wieku pracujący w średniej wielkości firmie produkującej średniej jakości temperówki. Były nowe i pewne, ale równocześnie też nudne i niespecjalnie porywające. Nie miały dachów typu targa. Nie miały podwyższonych zawieszeń, agresywnych naklejek, lakierowanych na biało lusterek czy spoilerów. W latach 90-tych takie szarobure, nijakie samochody stanowiły jednak bardzo istotny element rynku bo większość ludzi szukających nowego samochodu miała gdzieś zapuszczanie brody i latanie motolotnią po Nowej Zelandii. Latanie motolotnią po Nowej Zelandii było głupie. Ludzie chcieli po prostu nowy samochód – bezawaryjny nowy samochód wyglądający jak nowy samochód tak, żeby sąsiedzi nie pomylili go przypadkiem ze starym samochodem, którym jeździli do tej pory. Dziś jednak taki nowy, normalny samochód już nie wystarcza.

 

Zauważyliście jaką metamorfozę przeszły w ostatnich latach samochody dla ludzi, którzy samochodami niespecjalnie się interesują?

 

Dziś w sklepie w centrum możecie kupić bezglutenową karmę dla kota i zapłacić za nią telefonem, a w telewizji promuje się kobietę z wielkim tyłkiem, która zasłynęła tym, że jej mąż jest równie bystry co wylewka samopoziomująca. Poza tym ludzie z fejsbuka robią przecież wszystkie te szalone, kreatywne rzeczy! Żeby nie wypaść z tej napędzanej hasztagami karuzeli nie można więc jeździć "normalnym" samochodem. Dzisiaj musicie mieć crossovera. Albo hot hatcha. Ewentualnie sportbacka, shooting brakea albo przynajmniej pospolitego SUV-a. SUV to dziś takie absolutne, społeczne minimum. Coś jak wakacje w Grecji i cztery kilometry na endomondo. Można się z tego śmiać, ale słyszałem nawet o gościu, który po przeprowadzce na modne osiedle, na swojej Lagunie zamontował bagażnik rowerowy – tylko po to, żeby sąsiedzi myśleli, że prowadzi aktywny tryb życia. Nie było go stać na crossovera, ale najlepsze jest to, że gość nie miał jeszcze nawet roweru. Serio – ten Monty Python posunął się aż tak daleko.

Poza tym spośród wszystkich moich znajomych jeżdżących SUV-ami tylko jeden faktycznie próbował kiedyś wjechać swoim na szeroko rozumiane łono natury (wiem, bo pomagałem go z tego łona wydostać). Cała reszta nie opuściła asfaltu, a jestem pewien, że większość z nich w chwili podpisywania umowy kredytowej miała przed oczami wizje pełne leśnych dróg, szemrzących strumyków, koszy piknikowych i rodzinnych przejażdżek na rowerze. Póki co z listy życzeń dostali tylko aerodynamikę meblościanki i wyższe spalanie. Ktoś powiedział kiedyś, że najgorsze co można zrobić, to za wzorzec obrać sobie przeciętność. Dziś jednak przyszło nam żyć w tak dziwnych czasach, że ta zaczyna robić się coraz to bardziej unikatowa…